Po miesiącu na emigracji zatęskniłem za polską telewizją i przy okazji wczorajszego spotkania w Carling Cup. Po kolejnej popołudniowej zmianie miło było siąść przed laptopem i rozkoszować się transmisją on-line naszego meczu okraszonego jakże profesjonalnym komentarzem początkującego dziennikarza oraz jednego z fanów Liverpoolu.
Początek meczu nie wyglądał źle w wykonaniu naszych piłkarzy mimo tego, że 48 godzin temu, dzięki uprzejmości angielskiego związku i pana zajmującego się ustalaniem terminarza, rozegrali wyczerpujące spotkanie z Manchesterem City.
Na nasze szczęście większość graczy z pierwszego składu dostała wolne i mogła odpoczywać bądź w swoim domu, albo, jak w przypadku Suareza, Adama czy Skrtela, na ławce rezerwowych będąc pewnym, że na boisku pojawią się tylko w ostateczności.
I tak rzeczywiście było. W pierwszej jedenastce od pierwszych minut ujrzeliśmy dawno niewidzianego Carraghera, któremu partnerował Sebastian Coates, nakręcony po ostatnim meczu rezerw, w którym zdobył bramkę. Kenny nie zaskoczył wyborem napastnika na to spotkanie, wystawiając od pierwszych minut Andy’ego Carrolla.
I to właśnie Andy miał stać się bohaterem tego spotkania. Okazję do tego miał już w 21 minucie, kiedy stanął przed szansą zamienienia jedenastki podyktowanej za zagranie ręką w polu karnym przez Alexa. Niestety Andy zbyt wczuł się w swoją rolę i, podobnie jak komentatorzy w polskiej stacji transmitującej to spotkanie, nie podołał zadaniu. Jego strzał z wapna zawiódł niczym nieudana intonacja przyśpiewki o Suarezie w studiu komentatorskim.
Carroll w przypadku porażki mógłby zostać antybohaterem spotkania, jednak Liverpool miał w zapasie jokera, który uratował honor naszego napastnika. To Bellamy. Craig Bellamy – jak można by sparafrazować powitanie Jamesa Bonda, bo właśnie niczym agent 007 Jej Królewskiej Mości nasz numer 39 efektownie przyczynił się do wygranej nad Chelsea popisując się dwiema fantastycznymi asystami, które w drugiej połowie na bramki zamienili odpowiednio: aktualny kat the Blues Maxi Rodriguez oraz prawy obrońca Martin Kelly, który przeniósł z młodzieżowej reprezentacji Anglii ciąg do strzelania bramek.
Drużynie Chelsea nie pomogły nawet zmiany przeprowadzone przez Andre Villasa-Boasa, który zaraz po strzeleniu przez ekipę Dalglisha drugiego gola, wprowadził na boisko Juana Matę i Nicolasa Anelkę. Liverpool po raz kolejny pokazał w meczu z londyńczykami, że potrafi kontrolować grę i, co najważniejsze, zdobywać bramki oraz kolekcjonować cenne zwycięstwa. Nieugięte statystyki pokazują, że w trzech rozegranych w tym roku meczach (i trzech w Londynie) nasz bilans przedstawia się następująco: 3 wygrane, 5 bramek strzelonych, zaledwie 1 stracona. To dobitnie pokazuje, że Kenny małymi kroczkami buduje kolektyw, który jest w stanie przerodzić się w potęgę. Swoiste zmartwychwstanie, niczym feniks, by powrócić na należny nam tron.
Zwycięstwem w Londynie Kenny zagrał na nosie nie tylko Romanowi Abramowiczowi, który pewnie już szykuje ofertę za Maxiego, ale również władzom piłkarskim, ponieważ mimo wcześniej frustracji z powodu irytującego ustalenia daty rozegrania meczu, był w stanie rozegrać dobre spotkanie i awansować do półfinału Carling Cup.
Tak naprawdę ze wczorajszego meczu możemy być zadowoleni wszyscy począwszy od kibiców, po właścicieli klubu poprzez sztab szkoleniowy na samych zawodnikach kończąc. Jedynym niezadowolonym może być tylko Andy Carroll, który poza zmarnowanym rzutem karnym, nie pokazał nic szczególnego i po raz kolejny nie udowodnił, że 35 milionów funtów wydane na niego jak na razie jest pieniędzmi wyrzuconymi w błoto. Drogi Andy, jesteś przecież napastnikiem, prawda? I do tego wysokim facetem, który powinien korzystać z warunków, jakimi obdarzyli Cię rodzice. A od takiego napastnika jak Ty, wymaga się fizycznej walki w powietrzu i strzelania bramek. Upadanie na murawę po każdym najlżejszym kontakcie z przeciwnikiem jest tak nieprofesjonalne w Twoim zawodzie, jak nieznajomość poprawnej nazwy stadionu czy błędy fonetyczne przy określaniu kibiców the Reds u fana Liverpoolu.
Przemyśl to, proszę, i popraw się, bo zaczynam tracić cierpliwość.
Tylko zalogowani użytkownicy mogą pisać komentarze
Eric5; 01.12.2011; 21:32
"Zwycięstwem w Londynie Kenny zagrał na nosie nie tylko Romanowi Abramowiczowi, który pewnie już szykuje ofertę za Maxiego" - rozwaliło mnie to.....
A tak ogólnie to świetny artykuł :))
Master; 01.12.2011; 13:33
widać dobitnie, że niektóre przekręty Fergiego nie zawsze wyjdą mu na dobre :D
Lukas; 01.12.2011; 13:15
no ładnie to wszystko wyszło, United, które bez wątpienia dostało lepszy termin niż my czy City, odpadło z Crystal Palace :D
Master; 30.11.2011; 22:19
Cheers :)
IroLFC; 30.11.2011; 22:01
Master, świetny tekst !



Liverpool w pierwszym przedsezonowym sparingu zmierzy się z kanadyjskim Toronto FC. Będzie to również spotkanie rozpoczynające tour The Reds po krajach Ameryki Północnej.

The Reds po wyrównanym spotkaniu przegrali na wyjeździe ze Swansea City 1-0. Był to ostatni mecz podopiecznych Dalglisha w sezonie 2011/12.





