Nikt nie wyobrażał sobie tego przedpołudnia tak, jak miało to miejsce. Przecież miało być cudownie, łatwo i przyjemnie, a po meczu mieliśmy wszyscy świętować z wypiekami na twarzy. Było inaczej, a jedyne, co zgadza się z powyższej listy, to wypieki. Jednak one pojawiły się nie z radości, lecz ze złości i rozgoryczenia.
To, co zobaczyliśmy dzisiaj na Old Trafford, to jak przemiana dobrego doktora Jekylla w złego Pana Hyde. Liverpool w pierwszej połowie grał przecież niemal bez zarzutu – z jednym małym wyjątkiem, Stewartem Downingiem – broniąc się mądrze i powoli przebijając się pod bramkę Davida De Gei. Jak na złość w tym meczu ponownie zabrakło wykończenia/chęci/szczęścia (niepotrzebne skreślić), bo nasi piłkarze po raz kolejny próbowali wtoczyć się z piłką do siatki Hiszpana zamiast maltretować go soczystymi uderzeniami z daleka, na które była sposobność. A nuż gdzieś ta piłka zmieniłaby kierunek albo De Gea ‘wyplułby’ ją przed siebie, gdzie czyhałby już któryś z naszych ofensywnych piłkarzy? Niestety tak się nie stało, a gdybać nie zamierzam, bo gdybym tak robił, to moja babcia już dawno została by dziadkiem.
Druga połowa to istna przemiana gry Liverpoolu. Ledwo Phil Dowd gwizdnął na rozpoczęcie drugiej odsłony meczu, a to the Reds musieli ponownie zaczynać ze środka boiska. Ani się obejrzeliśmy, a na tablicy już widniało 2:0. Co się stało? Ciężko jest odpowiedzieć na to pytanie. Bo niby jak można wyjaśnić taką niemrawość po dobrej przecież pierwszej połowie? Nie mam pojęcia…
Czego zatem zabrakło? Na pewno inspiracji. W tym meczu gdzieś zagubił nam się kapitan Steven Gerrard, którego częściej widziałem plączącego się wokół naszej obrony, niż dręczącego defensorów United. To nie był ten Gerrard, który inspirował nas do zwycięstwa na Old Trafford dwa sezony temu, nie wspominając już o tym Stevenie, który pomógł nam wygrać w Cardiff w 2006 roku i rok wcześniej w Istambule. Podobnie ma się sprawa ze Stewartem Downingiem. Angielski skrzydłowy ponoć wracał już do formy, po raz kolejny czarował na treningach, a tymczasem w pierwszej połowie zobaczyłem go dopiero wtedy, gdy schodził do szatni, kiedy przypadkiem napatoczył się na szklane oko kamery. A pisałem wczoraj o tym, by na skrzydle wystawić zwinniejszego i bardziej zwrotnego Anfield Cata…
Kiedy człowiek straci przytomność, cztery minuty decydują o tym, czy przeżyje czy nie. Dzisiaj cztery minuty odstępu między bramkami Rooneya zadecydowały, że Liverpool stracił nie tylko okazję na wywiezienie korzystnego wyniku z Old Trafford, ale też ochotę na walkę. Bramka zdobyta przez Luisa Suareza podziałała na nas chwilowo niczym respirator, jednak ograniczony czas spowodował, że pacjent nie podniósł się już z murawy i nie pomógłby tu nawet sam doktor House. Czyżby te przeklęte cztery minuty, które w wielu przypadkach ratują życie, zabiły nasze nadzieje na Ligę Mistrzów w przyszłym sezonie? Obym się mylił…
Everton wykonał dzisiaj lwią część roboty w reanimacji tych nadziei pokonując Chelsea, więc ciągle jest nadzieja. I nie przestanę jej mieć aż do ostatniego gwizdka sezonu 2011-12. Jesteście ze mną?
Tylko zalogowani użytkownicy mogą pisać komentarze
liverpolish; 11.02.2012; 22:28
Radku, z Man Utd raczej nigdy nie gra się lekko, łatwo i przyjemnie, nawet w pamiętnym 4:1 na OT cisnęli nas niemiłosiernie ale wtedy zabójcze i skuteczne kontry ich dobiły. My gramy to co w potrafimy w tym sezonie, czyli raczej przeciętnie i bardzo bezproduktywnie po bramką. Zespół w najmniejszym stopniu nie zasługuje na top 4 a wygrane w C Cup i FA Cup nie mogą przesłonić całości obrazu. Patrzę z podziwem na to co Redknapp zrobił ze Spurs i jeśli by chłopaki grali choć 60% tego co oni to byłbym bardzo szczęśliwy. Ten sezon to tylko puchar pocieszenia (miejmy nadzieję) i raczej słabiutko w lidze (5, 6 miejsce...?) Dajmy czas Kenny'emu, wciąż w niego wierzę...
Baca101; 11.02.2012; 20:53
moim zdanie pierwsza połowa była taka jak w większości naszych meczów w tym sezonie. Graliśmy równo z przeciwnikiem i brakowało iskry, która wbiłaby piłkę do bramki. Nie zapominajmy jednak o tym, iż graliśmy z rywalem po prostu lepszym i w tym sezonie i w owych 94 minutach. Coraz bardziej martwi mnie nasz atak - myślałem, że po meczu na Molinoux i motywującej wygranej z dzisiejszym przeciwnikiem forma wróci, ale niestety nadal to samo. Może Suarez zdąży szybko wrócić do formy po zawieszeniu. Kolejną rzeczą, która mnie zmartwiła była spanikowana obrona, nie mogłem ich poznać! Welbeck Rooney i Valencia biegali wokół Aggera Skrtela Jose i Glena i w końcu przyniosło to zamieszanie 2 bramki. A co do braku pomysłu na grę to kluczem jest dobra gra Gerrarda i jego aktywność w ofensywie. Porządnego Pass and Move nie widziałem od dawna na Anfield. Takie jest moje zdanie.
Master; 11.02.2012; 20:25
do polemiki jak najbardziej zapraszam :)
dan; 11.02.2012; 20:17
no cóż, polemizowałbym jednak czy pierwsza połowa była taka dobra. nie mieli pomysłu na gre



Liverpool w pierwszym przedsezonowym sparingu zmierzy się z kanadyjskim Toronto FC. Będzie to również spotkanie rozpoczynające tour The Reds po krajach Ameryki Północnej.

The Reds po wyrównanym spotkaniu przegrali na wyjeździe ze Swansea City 1-0. Był to ostatni mecz podopiecznych Dalglisha w sezonie 2011/12.





