Zapraszamy na kolejną odsłonę Poznaj redaktora. W dzisiejszej części o swojej historii opowie Wam nasz publicysta, gall. Życzymy miłej lektury!
-----
Jak długo żyję na świecie, tak zawsze tylko jeden klub miałem w sercu. Był to właśnie Liverpool FC. Nie wiem, co prawda, od jakiego momentu zacząłem kibicować, ale oscyluję to gdzieś w granicach sezonu 2002/ 2003. Co ciekawe, wszystko nie zaczęło się od zobaczenia meczu w telewizji czy przeczytania o nich w gazecie, a od gry na playstation fify. Właśnie w edycji 2002 rozpocząłem sobie sezon owym angielskim klubem i grało mi się bardzo dobrze. Jak wiadomo, dla młodego dzieciaka było bez znaczenia kto gra w składzie, ale od razu polubiłem dobrze strzelającego Gerrarda czy super obronę. Po pewnym czasie poszedłem z tatą do baru, gdzie właśnie pokazywali mecz naszych zawodników, a młody chłopak był zapatrzony w drużynę, która znana mu była głównie z gry…
Mijały lata, aż w końcu pamiętna Liga Mistrzów. Przed spotkaniem z Bayerem Leverkusen dostałem nawet koszulkę Steviego i od razu założyłem ją na siebie, aby kibicować przed telewizorem (jak wielu zaciekawił mnie Jerzy Dudek będący wtedy bramkarzem numer 1, a „polski” pojedynek pomiędzy nim, a Jackiem Krzynówkiem wywoływał wtedy wielkie emocje). Byłem bardzo zadowolony z tego zwycięstwa, co tylko podgrzało moją wiarę i miłość do klubu. Kolejne spotkania już starałem się oglądać regularnie o ile tylko było to możliwe. Nie przegapiłem rewanżowego spotkania z niemiecką drużyną, a także dwumeczu z Chelsea. Jedynym spotkaniem jakiego nie widziałem w fazie pucharowej, był rewanż z Juventusem, ale po pierwszym spotkaniu byłem niemalże pewny naszego awansu. Po tym jak było już wiadomo, że zagramy w finale, z niecierpliwością wyczekiwałem tego dnia. Nie będę opisywał, jak było podczas meczu, ani co się działo przed, bo byłoby to zbyt nudne i oczywiste, jednak po przerwie miałem łzy w oczach i nie wiedziałem dokładnie jak to się stało, że klub, który tak wspaniale grał, nagle przegrywa i to tak dużo. Pomimo próśb o położenie się spać, ja wytrwale siedziałem w fotelu i spoglądałem w ekran. Po pierwszej bramce Gerrarda znowu przypomniało mi się, że to właśnie nim zdobywałem gole w grach i przy okazji mam jego koszulkę na plecach… Dumnie pocałowałem Liverbirda i czekałem na kolejne emocje. Po drugim golu zacząłem krzyczeć z radości, a trzeci był tylko dobiciem i tak już zdartego gardła. Karne minęły w niesamowity sposób, a ja nie umiałem usiedzieć samemu, robiąc podobne rzeczy, co Jurek w bramce. Udało się wygrać, a młody chłopak był w siódmym niebie. Dumny, jako kibic Liverpoolu, który dokonał czegoś nieprawdopodobnego. Później już zacząłem się na dobre interesować wydarzeniami w klubie. Kolejne sukcesy starałem się przeżywać podobnie jak ten z Stambułu, a jeśli była możliwość zobaczenia naszych w akcji, rzucałem wszystko i zabierałem się do kibicowania. Po tym, jak w Internecie powstało wiele stron o naszym klubie, dzień w dzień przeglądałem i czytałem, co nowego słychać. Nie miałem wtedy takiego pojęcia o piłce jak teraz, ale cieszyłem się jeśli widziałem napis „ xxx przybył do Liverpoolu”. Wielkie spotkania z Barceloną, Realem, ManU czy Evertonem na dobre utkwiły w mojej pamięci. Zagłębiłem się w końcu w naszą przeszłość, a także z ciekawością poznawałem życiorysy takich gwiazd jak Ian Rush (mój osobisty ulubieniec), Robbie Fowler czy też King Kenny. Czytałem wszystkie biografie i wreszcie zacząłem zbierać przeróżne gadżety. Zaczynając od kolejnych koszulek, poprzez szaliki czy też plakaty, kończąc na flagach czy też różnych innych dodatkach.
I wiem, że nadejdą te czasy, kiedy znowu słowo Liverpool będzie budziło respekt, a ja będę mógł dumnie przejść się ulicą w stroju The Reds. Ten klub nie jest tyko zwykłym zbiorem iluś tam ludzi biegających za piłką. To coś więcej. To już na dobre zagościło w moim sercu i na pewno nigdy się niego nie wydostanie. Śpiewane słowa hymnu zawsze powodują tą samą reakcje, a wiele razy to właśnie motto You’ll never walk alone pomagało mi w życiu. I może wielu fanów straciło wiarę w klub, może i też być tak, że odwrócili się od klubu w tych jakże ciężkich czasach, ale ja na pewno nie zostawie nigdy Liverpoolu. Poprzez te wszystkie lata zrozumiałem, że to klub z niesamowitą tradycją, historią i osiągnięciami. Podczas derbów nie raz już padały słowa przez które musiałem przepraszać, ale nie da się przecież opisać słowami uczuć towarzyszących podczas meczu. Magia Anfield już na zawsze będzie przy mnie. Co tydzień, miesiąc, rok. Do samej śmierci. I jedyna rzecz, która póki co pozostała moim wielkim celem to Anfield Road – THE KOP i zaśpiewanie razem z fanami tego jakże wspaniałego hymnu. Póki co nadal pozostają relacje w Internecie i krzyczenie do monitora. Co prawda wiele fanów ma podobnie marzenia co ja, ale na pytanie zadawane dość często dlaczego Liverpool , ja odpowiadam po prostu – dla Tego.
Pamiętajcie, w dzisiejszych czasach więcej kibiców kieruję się kibicowaniem drużynom pokroju City czy też Realu, drużynom, które de facto są na fali i szybko nie upadną, ale to właśnie My jesteśmy fanami The Reds, musimy trzymać się razem i wspierać nasz kochany klub, bo bez nas nic nie będzie tak wspaniałe, jak czasy gdy Kenny Dalglish zdobywał bramki, a Bill Shankly tworzył potęgę. To właśnie my tworzymy atmosferę na stadionach, a piłkarze wiedzą i czują dla kogo grają. Sukcesy w końcu przyjdą, a wtedy wrócą także kibice… Właśnie wtedy będzie okazja zapytać się ich „ gdzie byłeś jak klub upadał?” Oni nie odpowiedzą. My będziemy z klubem cały czas. W chwili triumfu i porażki, w chwilach zarówno trudnych i bolesnych, jak i tych wspaniałych , bo przecież dla tych właśnie chwil warto żyć. I chociaż wiatr wieje w oczy to My się nie poddamy. Bo jesteśmy kibicami Liverpool Football Club. YNWA.
Tylko zalogowani użytkownicy mogą pisać komentarze
ArtuR; 04.02.2011; 10:57
Great
Chycza; 03.02.2011; 21:01
Świetny tekst!!! Nic dodać nic ująć :)
Master; 03.02.2011; 19:54
Tekst przykuwa uwagę, dobrze się mi go czytało. Ciekawa historia, że powtórzę za Kubą i oby tak dalej ;)
Kuba; 03.02.2011; 15:35
Bardzo ciekawa jest Twoja historia związana z LFC, gallu :)



Liverpool w pierwszym przedsezonowym sparingu zmierzy się z kanadyjskim Toronto FC. Będzie to również spotkanie rozpoczynające tour The Reds po krajach Ameryki Północnej.

The Reds po wyrównanym spotkaniu przegrali na wyjeździe ze Swansea City 1-0. Był to ostatni mecz podopiecznych Dalglisha w sezonie 2011/12.





