Dziś jest środa, 23 maja 2012 roku
osób przebywających w serwisie: 15
Master; 2011-01-28 11:45:41; własne

Poznaj redaktora: Karol

A A A

Zapraszamy na kolejną część sagi Poznaj redaktora. Dziś o swojej przygodzie z The Reds opowie Wam Karol. Życzymy miłej lektury!

 

----

 

Od jakiego momentu rozpocząłem swoją przygodę z Liverpoolem? Dokładnie sam nie wiem, na pewno było to dzięki grze Michaela Owena za czasów jego świetności na Anfield Road. Domyślam się, że sam wstęp o Angliku może was „odrzucić”, ale kto mógłby wtedy przypuszczać, że taki napastnik odejdzie do największego rywala the Reds. Jednak nie nad tym teraz pragnę polemizować.

Pamiętam jak przez mgłę, że był to bodajże rok 2001 lub 2002. Rodzice zabrali mnie na jakieś targowisko w Szczecinie. Miałem wybrać sobie strój piłkarski dowolnego zawodnika, a że słyszałem o kimś takim jak Michael Owen, byłem pewien. Dobrze, że nie słyszałem o kimś takim jak Paul Scholes czy David Beckham. Od tamtego czasu, zacząłem interesować się Liverpoolem, z roku na rok, szczególnie po 2005 roku (każdy chyba wie, dlaczego) moja miłość do tego klubu była coraz większa. Cieszę się, że nie pokochałem tej drużyny poprzez jakieś osiągnięcie, np. zdobycie Ligi Mistrzów w 2005 roku. Dlaczego? Ponieważ - może to i głupie - ale bałbym się wspominając ten fakt z ewentualną możliwością nazwania mnie „sezonowcem”, czyli kimś kto kibicuje określonej ekipie za osiągane przez nie sukcesy.

Chciałbym znać dokładną datę zakupu stroju Owena, niestety w czasie cofnąć się nie da. Szkoda..

Kolejne postawione pytanie, na które chciałbym odpowiedzieć brzmi następująco – Co znaczy dla mnie Liverpool FC? Otóż klub z Merseyside stanowi dla mnie drugą pozycję w hierarchi wartości w życiu. Może to i standardowo zabrzmi, ale kocham the Reds ponad życie. Nie wyobrażam sobie pobudki w sobotni czy niedzielny dzień i rozpoczęcia dnia od przejrzenia nowych wiadomości na oficjalnej stronie Liverpoolu czy innych sprawdzonych, angielskich źródłach. To samo mecze, nie przegapiłem żadnego jeszcze w tym sezonie, śledząc każdy minuta po minucie z szalikiem i koszulką z Liverbirdem na sobie. Pomyślicie, wspaniały kibic, ale muszę zaznaczyć, że nigdy nie widziałem na żywo starcia z the Reds w głównej roli. Kto wie, może stanie się to już na wiosnę w ewentualnym meczu z Lechem? Jednak nie odbiegajmy od tematu. Liverpool zawsze stanowił dla mnie bardzo dużo, często wolałem obejrzeć mecz niż na przykład wyjść na dwór ze znajomymi.

Zawsze lubiłem uświadamiać sobie, jak świetny jest ten klub. Najlepsze chwile? Zdecydowanie zwycięstwo w Lidze Mistrzów w 2005 roku, FA Cup rok później, czy pokonanie w dwumeczu FC Barcelony w 2007 roku. Po tych chwilach, cieszyłem się ze swojego wyboru, ze swojej ścieżki, którą obrałem. Pamiętam, jaki byłem szczęśliwy po zdobyciu tego pierwszego pucharu, to była chyba najwspanialsza sytuacja w moim życiu. Pamiętam także, że gdy już emocje ze mnie siadły (tydzień po?) zacząłem oglądać powtórki i za każdym razem po strzale Shevchenki z rzutu karnego, oglądając radość Jurka Dudka łezka kręciła mi się w oczach. Mam nadzieję, że te najlepsze chwile jednak przede mną, chociaż teraźniejszość na to nie wskazuje. Chciałbym zobaczyć Stevena Gerrarda wznoszącego puchar Barclays Premier League, to chyba jest moje największe marzenie na ten moment. Nie wiem czy doczekam tego za kadencji „kapitaństwa” Anglika, ale może za czasów Pepe Reiny? Obym miał rację.

Najgorsze chwile z The Reds? Tutaj także jestem zdecydowany. Porażka w finale Ligi Mistrzów w 2007 roku z Milanem oraz .. teraźniejszość. Jeśli miałbym sobie teraz wspomnieć te pierwsze wydarzenie, wiem, że wspominałbym je z wielkim smutkiem. Strasznie się załamałem, gdy Inzaghi dołożył drugą bramkę, lecz kiedy Kuyt trafił honorowego gola, od razu przypomniał mi się Stambuł. Niestety przegraliśmy 2:1 i została nam tlyko radość lub smutek po wicemistrzostwie. Boli mnie także obecna piłka Liverpoolu. Takie mecze jak np. w tym sezonie z Wolves czy Manchesterem City uświadamiają mi, że obecnie grający zawodnicy oprócz Carraghera, Gerrarda i Reiny nie zasługują na granie w takich trykotach. Jako niejeden zapewne z Kopites widzę brak, zupełne zero zaangażowania się, poświęcenia dla klubu czy nawet pomysłowości ze strony trenera i sztabu. Niby, właściciele się zmienili, lecz gra pozostaje taka sama, jaka była dotychczas od sezonu 09/10. I nie mam zamiaru tutaj rozpisywać się o błędach trenera czy błędach w taktyce.
Po prostu boli mnie, gdy widzę taką sytuację na boisku.

Oczywiście, poza wspaniałymi momentami z The Reds nie obyło się i bez tych negatywnych sytuacji. Mimo to cieszę się, iż wybrałem ten klub, który „nafaszerowany” jest wspaniałą historią, a co za tym idzie sukcesami. A dokładniej, jak to mówi liverpoolskie przysłowie: „You don't choose to be a Liverpool fan. You get chosen.” Tłumacząc na polski: „Nie wybrałeś  bycia fanem Liverpoolu.  To ty zostałeś wybrany”.

Zobacz także

Sound of the Anfield Ground: Football’s dead. Ale jak to zdech? Kariery na ofsajdzie: Pilot cyklu IX Zlot Fanów LFC – kolejne szczegóły

Dodaj komentarz


Tylko zalogowani użytkownicy mogą pisać komentarze

Komentarze

kijanek13; 28.01.2011; 15:08
Nie powiem, ale bardzo podoba mi się ta seria 'Poznaj redaktora' ; ) Karol dzięki Owenowi,a ja dzięki Dudkowi ; )

Projekt: Bartosz Bunikowski; Kodowanie i podpięcie: QSky.pl Copyright (c) 2009-2012 by LFCPoland.com.
LFCPoland.com na Facebooku