Właśnie skończył się mecz Arsenalu z Leeds. Wrócił Henry, wszedł i strzelił decydującą bramkę. Niesamowite. Pięknie. Wspaniałe. Piszę to jako kibic Liverpoolu, ale wciąż wzruszają mnie takie historie. Możemy psioczyć na fortuny, który zbudowały Chelsea czy City, możemy narzekać na butę United, ale nikt nam nie odbierze piękna sportu, które wciąż przejawia się nam w takich właśnie sytuacjach.
Może to nic wielkiego. Przecież to nawet nie był ćwierćfinał. Może Suarez nie strzelił swojego debiutanckiego gola w najważniejszym momencie. Może Gerrard mógł kropnąć przeciwko United petardę nad murem, która urwałaby siatkę. Ale Suarez strzelił po ofiarnym wślizgu obrońcy. Gerrard uderzył między obrońcami w murze. Gole nie były efektowne. Ale padły właśnie wtedy, gdy było tego trzeba. Podobnie jak bramka Henry’ego. To jest magia futbolu, której nie odbierze żaden pieniądz. Bellamy wrócił do nas w ostatniej chwili letniego okienka. Jeszcze dziś pamiętam, jak wygrzewałem się w Turcji późno w nocy, a w strefie Wi-Fi otrzymałem informację, że Bellamy ponownie zagościł w Liverpoolu. I już wtedy wiedziałem, że to będzie dobry manewr. Teraz strzela bramki, mimo że zjawił się za półdarmo. Suarez odklepuje karę, Carroll wciąż się męczy, a Sterling istnieje tylko na Twitterze. Nasza jedyna nadzieja w ataku, która zawsze marzyła, żeby u nas grać, strzela bramki mimo wieku.
Takie historie tylko w klubach, w których liczy się coś więcej, niż pieniądz i moda. Fajnie, że w szale radości wciąż możemy się po prostu po ludzku wzruszyć, nawet jeżeli punktuje nasz rywal. Oby ten piękny sen trwał jak najdłużej.
Tylko zalogowani użytkownicy mogą pisać komentarze
Brak komentarzy



Liverpool w pierwszym przedsezonowym sparingu zmierzy się z kanadyjskim Toronto FC. Będzie to również spotkanie rozpoczynające tour The Reds po krajach Ameryki Północnej.

The Reds po wyrównanym spotkaniu przegrali na wyjeździe ze Swansea City 1-0. Był to ostatni mecz podopiecznych Dalglisha w sezonie 2011/12.





