Kiedy Kenny Dalglish oskarża piłkarzy Liverpoolu o brak szacunku do klubu, wiesz, że coś jest nie tak.
„Nie tak” opisuje właśnie występ The Reds w ostatnim meczu.
Problemy Liverpoolu składają się z dwóch głównych części : ich formy na Anfield oraz impotencji strzeleckiej. 14 straconych punktów na własnym boisku i stracone okazje na zdobycie goli to najczęściej poruszane kwestie w temacie Liverpoolu.
Te dwa najbardziej odczuwalne problemy mogą pozbawić klub szans na Ligę Mistrzów.
Jak jest więc wymówka? Liverpool grał na wyjeździe i nie zmarnował żadnej szansy, ponieważ takowej nie miał.
Po tym, jak Chelsea straciła punkty z Norwich, a Newcastle z Fulham, pojawiła się szansa na pięcie się w tabeli.
Zmarnowali ją.
Statystyki pokazują, że Liverpool miał ponad 60% posiadania piłki. Mieli 16 strzałów na bramkę, 5 celnych.
Nie daj im się oszukać.
Liverpool wygrał tylko 1 z 6 ostatnich ligowych spotkań. Zgubili punkty z trzema z czwórki zespołów ze strefy spadkowej, a Bolton nawet zgarnął komplet.
Podopieczni Owena Coyle’a przystąpili do meczu będąc na dnie tabeli, mając na koncie najgorszy bilans gier u siebie w historii angielskiego futbolu. Byli jednak drużyną lepszą od początku do końca, a ich zwycięstwo mogło być jeszcze bardziej okazałe.
Podczas gdy Coyle celebrował dopiero drugie zwycięstwo u siebie w sezonie, Dalglish próbował rozgryźć, co się właściwie stało.
Boss wspomniał później, że zabrakło profesjonalizmu ze strony jego piłkarzy i że miał już zastrzeżenia, zanim mecz się w ogóle rozpoczął.
To było niespotykane oświadczenie. Tylko on wie, co widział w autobusie w drodze do Boltonu, albo w szatni przed spotkaniem, że odczuł to w ten sposób.
Być może on i jego pomocnicy mogli podjąć jakieś środki, aby uniknąć samozadowolenia piłkarzy.
Zawodnicy Liverpoolu mieli trzy dni wolnego w zeszłym tygodniu, aby zregenerować siły w tak napiętym terminarzu.
Czy odpoczynek zrobił więcej szkody niż pożytku? Czy piłkarze za bardzo skupili się na nadchodzących spotkaniach z Manchesterem City i United?
Pewnie tak to wyglądało, ponieważ zawodnikom potrzebne było aż pół godziny, aby obudzić się i wejść w mecz na Reebok.
Z miernoty w ataku i jeszcze większej miernoty w obronie, nawet poprawne występy Martina Skrtela, Jose Enrique i Stevena Gerrarda zostały zalane w morzu przeciętności.
Obrona Liverpoolu była jak koszmar Alana Hansena. Przestrzeń pozostawiona dla Marka Davisa – który był najlepszy w ekipie Kłusaków – przy pierwszym golu, strzelonym w czwartej minucie meczu, była duża, ale już pozwolenie Nigelowi Reo-Cokerowi – środkowemu, i to bardzo ograniczonemu – przebić się do pola karnego, było już swojego rodzaju przestępstwem.
Z innymi formacjami nie było wcale lepiej.
Charlie Adam miał prawie połowę podań niecelnych, był przyczyną wielu rzutów wolnych w niebezpiecznych miejscach, a Gerrard, Jordan Henderson czy Maxi Rodriquez nie potrafi zrobić nic pożytecznego z piłką.
Tylko jeden bieg Craiga Bellamy’ego spowodował większe zagrożenie. Walijczyk zasłużył się w meczu, o którym reszta jego kolegów będzie chciała zapomnieć.
W innych okolicznościach można było uznać to za zwykły zły dzień piłkarzy, ale pomeczowa wypowiedź Dalglisha nie pozostawia wątpliwości.
Szkot bezskutecznie próbował znaleźć przyczynę nieudolności swoich podopiecznych. Będą oni mieli o czym myśleć przed środą.
Trudno winić Kenny’ego za wybór składu; Andy Carroll i Craig Bellamy stanowili o sile ataku, Gerrard zaczął, a Daniel Agger wrócił, aby rozwijać współpracę z Skrtelem na środku obrony.
Trzech obrońców, który świetnie poradzili sobie ze Stoke, zaczęli od początku. Jedyną niespodzianką było, że Kenny wystawił tak mocny skład.
W rzeczy samej, oprócz kontuzjowanego Lucasa i zawieszonego Suareza, to jest właśnie najsilniejsza 11.
Problemem jest, że właśnie ci dwaj, są kluczowymi ogniwami w zespole Dalglisha.
Bez nich, Liverpool jest pozbawiony graczy, którzy nadają kształt temu zespołowi.
Absencja Lucasa zawsze będzie odczuwalna. Gra pozycyjna Brazylijczyka, krótkie podania, może i nie są spektakularne, ale brakuje ich, kiedy ich nie ma.
Przy kontuzji Jaya Spearinga, jego naturalnego zastępcy, środek Liverpoolu wygląda słabo. Bolton grał z energią, byli pewni siebie i zostali za to nagrodzeni.
Po tym, jak Liverpool wydał 50 milionów funtów w letnim okienku transferowym, wygląda na to, że teraz ich ruch na rynku będzie minimalny. Oczywiście, jest mało prawdopodobne, że transfer rodzaju Carrolla czy Suareza miał miejsce w takim samym okresie jak w zeszłym roku.
Oznacza to, ze Dalglish będzie musiał znaleźć równowagę w środku pomocy z dostępnym środków, a także zlikwidować niechlujność, która była widoczna w meczu z Boltonem.
Mając w pespektywie najważniejsze mecze sezonu z City i United, czas jest na wagę złota.
To są mecze o być czy nie być Liverpoolu. Zobaczymy, co zmieni się w ciągu tych siedmiu dni.
Tylko zalogowani użytkownicy mogą pisać komentarze
Art; 23.01.2012; 16:26
coś jest na rzeczy...



Liverpool w pierwszym przedsezonowym sparingu zmierzy się z kanadyjskim Toronto FC. Będzie to również spotkanie rozpoczynające tour The Reds po krajach Ameryki Północnej.

The Reds po wyrównanym spotkaniu przegrali na wyjeździe ze Swansea City 1-0. Był to ostatni mecz podopiecznych Dalglisha w sezonie 2011/12.





