Często w tym sezonie bywało, że narzekałem sobie w felietonach na postawę zespołu. Kto nie wierzy, może sprawdzić, ale zdania nie zmieniłem. Podpisuję się pod moimi tekstami rękami i nogami. W sumie mógłbym popaść w lament i walnąć kolejną rozprawę o kolejnym remisie na Anfield, nie stwarzaniu sobie szans pod bramką czy czymkolwiek podobnym. Dzisiaj będzie inaczej.
Zabrzmi to może kuriozalnie, ale jestem zadowolony z tego remisu. Na zwycięstwo nie zasłużyliśmy i Johnson może udzielać sobie setki wywiadów, w których będzie twierdził coś zupełnie na odwrót, ale ja zdania nie zmienię. Na pewno utrzymywaliśmy się więcej przy piłce, ale takie stwierdzenia mogą padać jedynie wtedy, gdy faktycznie padają strzały na bramkę, a takowych wczoraj raczej dużo nie było. Niemniej jednak byliśmy lepsi. Wnioski zostały wyciągnięte.
Przede wszystkim zagraliśmy bez kompleksów. To, że chaotycznie, to fakt, ale na tyle pozwolił nam przeciwnik, który masakrował nas w środku pola. Obrona również wyciągnęła wnioski z ostatnich kilku meczów z Kogutami i zagrała perfekcyjnie. Do tego stopnia, że nawet „gwiazdor” Bale dał się ponieść emocjom i przewracał się o podmuchy wiatru w okolicach linii bocznych, wdając się w niepotrzebne popychanki z Bogu ducha winnym Aggerem. Dało się go zatrzymać? Dało.
Okazji strzeleckich nie było co prawda wiele, ale widać było z jednej strony zaradność, a z drugiej bezradność defensywy Spurs. Nie dopuszczali piłki do własnej bramki, co należy im uznać za plus, ale z drugiej strony rozpaczliwe wybijanie piłki do góry przez cały mecz nie przystoi drużynie z czołówki tabeli – to nie jest półfinał LM, w którym każdy myśli już o nadchodzącym finale i uskutecznia paralityczne tańce we własnym polu karnym.
I to mnie właśnie w Tottenhamie rozczarowało – Bale, sposób obrony czy wreszcie zwijanie się z bólu niektórych zawodników. To tyle o rywalu. Sam mecz niewiele nam powiedział o naszej aktualnej formie. Trzy mecze z potęgami, żadnej porażki, chciałoby się rzec, ale przed meczem na Old Trafford jestem w kropce i więcej we mnie niepokoju, niż nadziei. Zupełnie na odwrót jak przed spotkaniem na Anfield tydzień temu. Przede wszystkim kartka Suareza – głupia, idiotyczna sytuacja, której efekty możemy boleśnie odczuć w sobotę. Chyba nie byłoby nic bardziej upokarzającego dla niego i dla nas, jak wylot z boiska za jakąś nerwówkę właśnie tam i właśnie w takim meczu, a jest to niestety możliwe, tym bardziej, jeśli dalej będziemy tak nieporadnie skradać się pod bramkę rywala. I to mnie właśnie najbardziej martwi – Suarez, który miał być bohaterem w najbliższym meczu, a może stać się przez własne nerwy pośmiewiskiem wśród kibiców United i powodem naszych wielkich kłopotów. Oby jednak mecz z Kogutami wyszedł nam na dobre. Choćby raz.
Tylko zalogowani użytkownicy mogą pisać komentarze
Jarextown; 07.02.2012; 13:18
"Obrona również wyciągnęła wnioski z ostatnich kilku meczów z Kogutami i zagrała perfekcyjnie", zgadzam się, choć błąd w ostatnich minutach meczu mógł nas bardzo wiele kosztować, na szczęście Pepe dał rade ;]
General27; 07.02.2012; 11:44
Moją nadzieją na mecz był oczywiście remis, ale po takiej grze pozostaje niedosyt.
Ale wynik nie jest zły:)
Art; 07.02.2012; 11:44
Ja przed meczem nie brałbym remisu w ciemno, The Reds zaczęli grać lepiej od kiedy Kenny wybuchł złością i skrytykował nastawienie naszych zawodników. Wynik mnie satysfakcjonuje mimo małego niedosytu - plan minimum osiągnięty.
Sickman; 07.02.2012; 11:40
0-2, 0-4, to tylko dwa ostatnie wyniki. Tottenham to jedyna drużyna, która może z nami zawsze wygrać, a odwracane szczęścia na swoją stronę od czegoś trzeba zacząć.
Master; 07.02.2012; 11:35
dobrze prawisz, Sickman. Ja również jestem zadowolony z tego remisu, co sam przelewam na papier właśnie :)



Liverpool w pierwszym przedsezonowym sparingu zmierzy się z kanadyjskim Toronto FC. Będzie to również spotkanie rozpoczynające tour The Reds po krajach Ameryki Północnej.

The Reds po wyrównanym spotkaniu przegrali na wyjeździe ze Swansea City 1-0. Był to ostatni mecz podopiecznych Dalglisha w sezonie 2011/12.





