Dziś jest środa, 23 maja 2012 roku
osób przebywających w serwisie: 17
Sickman; 2011-11-30 19:07:31; własne

Jeszcze o Chelsea.

A A A

„Liverpool’s on rising” – ten cytat kibica nomen omen Manchesteru United po naszym wczorajszym zwycięstwie na jednym z futbolowych portali dał mi wiele do myślenia. Zacznę może od dumy, która mnie rozpiera. Oczywiście żadną nowością jest fakt, że nawet w największym kryzysie, walczymy z potęgami jak równy z równym, często z nimi wygrywając, ale ostatnia dyspozycja drużyny przy jednocześnie katorżniczym terminarzu (powiedzmy federacji ładnie, powoli i chóralnie – dziękujemy!) udowadnia, że Liverpool krok po kroku wraca tam, gdzie jego miejsce – na szczyt, pośród największych. Zanim przejdę dalej, nie mogę jednak powstrzymać się od westchnięcia nad pechem, jaki musiał nas spotkać, a mianowicie nad kontuzją Lucasa. Co będzie dalej – czas pokaże, ale takie są właśnie koszta szaleńczego tempa rozgrywek. Podsumowując ten wątek – jeszcze raz dziękujemy za wtorek, za Chelsea, za wyjazd i za pośrednią konsekwencję całego tego bałaganu– za czasowy zjazd Lucasa do zajezdni.

 

Teraz do rzeczy. Od dawna zbierałem się do napisania tego felietonu. Chciałem go napisać przed meczem ligowym z Chelsea, ale zwyczajnie nie miałem czasu. Teraz mam i czas, i pewność. Wyleczyłem się z kompleksu Chelsea. Kompleksu, który zaczął się w pewien piękny, słoneczny, sierpniowy dzień roku 2003, kiedy to jako 14-latek siedziałem w samochodzie ojca, gdzieś w środku Bieszczad (to chyba była Cisna) i czytałem z trwogą dwustronicowy artykuł w sportowej gazecie o narodzinach nowej potęgi w futbolu – o Chelsea Londyn, które wtedy przejął Abramowicz. I już wtedy zachodziłem w głowę jak coś tak paskudnego może się w sporcie wydarzyć. Nie rozumiałem tego i nie akceptowałem, co pozostało we mnie do dziś. I Chelsea się wzniosła, wlepiając nam wiele bramek i sprawiając, że mogliśmy jedynie załamywać ręce, bo oto przez cudzą fortunę czołówka PL jeszcze bardziej się zagęściła. Któż z nas nie pamięta dreszczowców z półfinałów LM z lat 2005 i 2007, kiedy to udało się nam pokonać pasją i furią zespół o wiele lepszy. Któż z nas nie pamięta transferu Torresa czy Meirelesa, aż wreszcie – któż z nas nie miał do czynienia z kibicami sukcesu, którzy zaczęli dopingować ten zespół od roku 2003? I to często w sposób godny pożałowania, niesprawiedliwy, okrutny i wręcz wulgarny. Chciałbym mieć te czasy za sobą i nie tylko śpiewać o historii Liverpoolu, ale także aktywnie w niej uczestniczyć, aby na zawsze zamknąć usta popularnym Smerfom.

 

I oto nadszedł taki dzień. W przeciągu 12 miesięcy bilans bramek w meczach z Chelsea wynosi 7:1, z czego trzy mecze odbyły się na wyjazdach, a trzykrotnie graliśmy w osłabionym składzie. Przypadek? Nie. Dalglish robi różnicę, Król ma sposób. Czasem zdarza mi się go krytykować, ale nie ma lepszego stratega w meczach właśnie z drużyną z Londynu. W żadnym z tych zwycięstw (Roy – oddaję Ci honor za mecz sprzed roku) nie było przypadku. Nie było pomocy sędziego. Uczciwa, męska gra. Krótka piłka. Jesteśmy od nich lepsi na krótką metę. Teraz nie pozostaje nic innego jak być lepszymi na dłuższą. Na stałe. Na razie chyba możemy zapomnieć o mistrzostwie (chociaż kto wie), ale Top 4 z nami, a bez Chelsea w ostatnich dniach stało się bardzo realne. Kto by przypuszczał jeszcze pół roku temu, że o najlepszą czwórkę będziemy bić się nie ze Spurs, a z Chelsea?

Zobacz także

Sound of the Anfield Ground: Football’s dead. Ale jak to zdech? Kariery na ofsajdzie: Pilot cyklu Kto następny?

Dodaj komentarz


Tylko zalogowani użytkownicy mogą pisać komentarze

Komentarze

Lukas; 30.11.2011; 19:29
teraz mam wrażenie, ze to Chelsea ma kompleks Liverpoolu.

Karol; 30.11.2011; 19:15
Dobry tekst. Wolałbym, aby Liverpool był lepszy od Chelsea przez cały sezon niż przez 90 czy 180 minut.

Projekt: Bartosz Bunikowski; Kodowanie i podpięcie: QSky.pl Copyright (c) 2009-2012 by LFCPoland.com.
LFCPoland.com na Facebooku